Wachstumshormone kaufen

Strona :« 1 2 3 Wszystkie»

Tukaj albo próby przyjaźni - Adam Mickiewicz

ballada we czterech częściach

l

“Ja umieram. - Ja nie płaczę,
I wy chciejcie ulżyć sobie;
Prędzej, później legniem w grobie.
Nie wrócą na świat rozpacze.
Byłem panem mnogich włości,
Sławny potęgą i zbiorem;
Zamki me stały otworem
Dla przyjaciół i dla gości.
O potęgo! o człowieku!
Wielkie zamki, wielkie imię,
Wielkie nic! wielkość, czczy dymie!
Ja umieram w kwiecie wieku!
Gdy za mądrości widziadłem
Goniąc zbiegam kraje cudze,
Gdy wzrok nad księgami trudzę,
Skarbnice nauk posiadłem.

0 nauki! o człowieku!
Wielka mądrość, wielkie imię,
Wielkie nic! rozum, czczy dymie!
Ja umieram w kwiecie wieku!
Strzegłem ustaw świętej wiary
W duchu i serca prostocie;
Hojnie nagradzałem cnocie,
Kościołom niosłem ofiary!

9 pobożności! człowieku!
Święta wiaro, święte imię,
Święte nic! cnoto, czczy dymie!
Ja umieram w kwiecie wieku!
Twórco, jakże igrasz srodze!
Kiedy mi dasz wiek niedługi,
Cóż, że mi dasz wierne sługi?
Czymże za wierność nagrodzę?
Dasz kochankę kochankowi,
Śmierć truje ślubów słodycze.

1 tylu przyjaciół liczę!

Bądźcie zdrowi, bądźcie zdrowi!”
Tak na domowników ręku
Tukaj, pośród skarg i jęku,
Pożegnawszy świat na wieki,
Gasnące zamknął powieki.

Wtem grom łamie szczyty dachu,
Zadrżały zamkowe ściany,
Jakowyś starzec nieznany
Wlatuje na środek gmachu,
Siwy włos okrył mu skronie,
Twarz marszczkami rozorana,
Broda długa za kolana,
Na kosturze wsparte dłonie,
“Tukaju!” - porwał z pościeli
I wraz za sobą iść każe;
Już wierzchne sale minęli
Minęli wały i straże.
Idą; ciemno, deszczyk kropi;
A srebrzysta twarz miesiąca
To gruba we mgły roztrąca,

To się znowu we mgle topi.
Idą ponad trzęskie kępy,
Mijają bagna, głębinie,
Hnilicy ciemnej ostępy,
Kołdyczewa nurty sinie.
Gdzie puszczą zarosła wkoło.
Spodem czarna, z wierzchu płowa,
Żwirami nasute czoło
wynosi góra Żarnowa.
Tam szli; starzec kląkł na grobie,
Rozwarł usta, okiem błysnął,
Podniósł w górę ręce obie,
Trzykroć krzyknął, trzykroć świsnął.
“Tukaju, patrz, oto ścieżka!
Za ścieżką chatka na bagnie,
W chatce mędrzec Polel mieszka.
Mędrzec mędrca wspomóc pragnie.
Znana twa nauka, cnota;
Znam, że Bóg, węzły lubemi
Przywiązawszy cię do ziemi,
Długiego nie da żywota.
Ale rzucaj przestrach płony,
Mych sposobów uznaj dzielność;
Żyj dla sług, przyjaciół, żony,
Lata, wieki, nieśmiertelność.
Ja pierwszy ziemskiemu oku
Śmiem do niej pokazać drogę;
Lecz podług ustaw wyroku
Dwóm tylko pokazać mogę.
Wybierz drugiego człowieka,
Człowieka doznanej wiary,
Któremu byś w każdej próbie
Tak zaufał, jak sam sobie;
Trafisz, - nieśmiertelność czeka!
Chybisz, - śmierć i wieczne kary!”
“Starcze! twe zjawienia wieszcze
Ciemna zasłona powleka.
Powiedz…” - “Powiadam ci jeszcze,
Wybierz drugiego człowieka.
Radź się twej głowy i serca.
Idzie o ciało i duszę!
Wierny albo przeniewierca,
Nieśmiertelność lub katusze!…
Czy mógłbyś zwierzyć się słudze?…”

Tukaj nic nie odpowiada,
Bo któż zgadnie myśli cudze?
Bo zbyt częsta w sługach zdrada.
“Może kochance lub żonie?”
“Tak…” - wtem uciął, patrzy smutnie;
“Tak” - rzecze i znowu utnie.
Myśli, sam się z sobą biedzi,
“Tak jest, kochance… tak, żonie!”
I wierzy, i strach nań pada,
I wątpi, i wstydem płonie;
Myśli, sam się z sobą biedzi,
Umyślił już w odpowiedzi,
Już… i nic nie odpowiada.
“Umrzyj więc! Ty śmiałeś żądać?
Daj pokój żądaniom dzikim,
Ty nie masz ufności w nikim,
Wartoż dłużej świat oglądać?”
On myśli. - “Nikogoż z wiela?
Sługi; żony, przyjaciela?” -
On myśli. - Tu w mgnieniu oka
Czerni się niebios sklepienie,

Słychać grzmienie, ziemi drżenie,
Kipią bagna, lasy górą,
Niknie w płomieniach opoka
I doliny i jezioro.
Śród gromów, świstu i szczęku,
Czy to zły duch, czy moc boża,
Tukaj znalazł się śród łoża,
Na swych domowników ręku.
Głos tylko zagrzmiał z daleka:
“Nie masz drugiego człowieka,
Któremu byś w każdej próbie
Tak zaufał, jak sam sobie!”

–~~~~~~~~~~~~–

II

“Ja mam, ja mam przyjaciela!” -
Konający Tukaj woła;
Wraz uchodzi bladość z czoła,
Iskrą zdrowia oko strzela,
Tukaj wydarty mogile
Wstaje, dziwią się doktory;
Wstaje, chodzi o swej sile,
Jakby nigdy nie był chory.
A wtem na poduszce z boku
Ujrzy z wolej skóry karty,
Gdzie tajemnice wyroku
Przeklęte spisały czarty.
Tukaj z ciekawością chwyta,
Siada, podparł się i czyta:
“Kiedy miesiąc na młodziku,
Idź za górę do gaiku,
Znajdziesz kamień, spod kamienia
Białego urwij korzenia.
Kiedy będziesz bliski śmierci,
Każ ciało posiec na ćwierci,
W wodzie zgotować korzonki,
Pocięte namaścić członki,
Znowu się duch z ciałem zrośnie,
W młodocianej wstaniesz wiośnie,
I możesz skutkiem tych leków
Umierać, wstawać wiek wieków”.

Dalej tam były przestrogi,
Jak siekać głowę, jak nogi,
W jakiej wodzie smażyć trunek,
Po jakiej brać zioła szczypcie,
Ale na końcu w post-skrypcie
Taki dodano warunek:

“Jeśli użyty ktoś drugi
Do namaszczalnej posługi,
Zwiedzion przez nasze fortele,
Innemu pokaże ziele
Lub w oznaczonej godzinie
Twego ciała nie namaści,
Wtenczas skutek zioła zginie,
Wtenczas piekło czeka waści.
Jeśli na to się ośmielisz,
Dla znaku, że zaszła zgoda.
Nasz poseł Mefistofelisz
Do wymiany traktat poda.
Ostrzegliśmy o fortelach,
Strzeż się; potem próżny kweres.
Dań w Erebie, w szabas rano,
Własną ręką podpisano;

Tak ma stać się: Luciferes.
A za zgodność: Hadramelach”.

Tukaj trochę się zagniewał,
Warunku się nie spodziewał;
Brodę na ręku podpiera,
Potarł czoło, skrzywił nosa,
Na kontrakt spojrzał z ukosa,
Tabaczki dwa razy zażył,
To na ziemię spuszcza oczy,
To po stołowaniu toczy.
Wziął pargamin, w ręku zważył;
Znowu nań zezem poziera,
Znowu czytał i odczytał,
Znowu zważył, znowu zmierzył,
Kułakiem o stół uderzył,
Westchnął, mruczał, zębem zgrzytał,
Ręce nad czoło zakłada,
Skoczył raptem i w zapędzie
Machnął ręką: “Niech tak będzie!”
Znowu umilkł, znowu siada;
Znowu myśli, znowu wstaje;
Znowu chodzi, znowu siada.
Niech go za to nikt nie łaje,
Bo z diabłami rzecz nie lada.

Myśli: albo wieczne życie,
Albo wiecznie diabłu dusza.
Nic nie mówi, myśli skrycie,
Tylko trochę wargą rusza.

Nadszedł już czas odpowiedzi,
Tukaj oddala się z tłumu
I do pracowni rozumu
Zamknąwszy się, jeden siedzi.
I tam swój traktat raz jeszcze,
Nim stempel przyjęcia zyska,
W surowej uwagi kleszcze
Bierze i porządnie ściska.
Tam myśl rozmaita ścieka
W jedne podobieństwa tygle,
Tam jedne myśl niedościgle
Różnicy nożykiem sieka,
Sieka, topi na kształt wosku,
Aż wycisnął ekstrakt wniosku,
Obejrzawszy wniosek ściśle,
Tak rzekł, po długim namyśle:
“Jakieżkolwiek to fortele,
O których słyszałem z góry,
Czy ich niewiele, czy wiele,
Trojakiej będą natury:
Chcąc kogo przywieść do zdrady,
Trzeba siły albo rady;
Albo podarunkiem skusić,
Albo strwożyć, albo zmusić.
Toż samo krótszymi słowy,
Będzie sylogizm takowy:
Trojaka do zguby droga,
Ciekawość, łakomstwo, trwoga.
Więc kto w tym trojakim względzie
Twardej nie ulegnie próbie,
Takiemu już można będzie
Ufać jak samemu sobie”.

Tukaj kontent z wynalazku,

Szuka atramentu, piasku,

Idzie kreślić pismo grzechu;

Ale idzie bez pośpiechu,

Już ciemno, pisać niewcześnie,

W atramencie jakieś pleśnie;

Dwie świece musiał zapalić

I dwa kałamarze nalać,

Coś mu zabolało w łokciu;

Wziął pióro, na piórze włosek

I bardzo spisany nosek;

Otrząsł, przyciął na paznokciu.

Po długim względzie, rozględzie,

Wreszcie pisze: NIECH TAK BĘDZIE.

Chciał dołożyć i nazwisko,

Lecz nim pierwsze T napisał,

Myślał pół godziny blisko,

Głową i piórem kołysał,

I nic więcej nie napisał;

Tylko do pierwszej litery

Dodał małe kropki …. cztery.

Gdy już napisano widzi,

Jeszcze patrzy, jeszcze bada;

Niechaj z tego nikt nie szydzi,

Bo z diabłami rzecz nie lada.

Lecz jakże się musiał zdumieć,

Gdy głoska B w słowie BĘDZIE

Zaczęła brzęczeć i szumieć,

I wzdymać wszystkie krawędzie.

Kręci się, beczy, podrasta

Jak na drożdżach kawał ciasta,

Dolna litery połowa

Wykurcza się w brzuch i żebra,

U zwierzchniej wypukła głowa

Na kształt ogromnego cebra,

Szyjka jak u osy wąska,

Nosik orła, bródka kozła,

A z jednej go strony końska,

Z drugiej kurza łapka wiozła;

Pogląda okiem wołowem,

Skrzydła na kształt młyńskich wioseł,

Był to diabeł jednym słowem,

Był to Miefistofel poseł.

Jeszcze Tukaj nie mógł wiedzieć,
Czy żegnać, czy prosić siedzieć,
Kiedy przyskoczył zuchwalec,
Porwał za maleńki palec,
Zasadził nożyk pod skórką
I umoczył we krwi piórko;
Piórko wścibił, ścisnął w ręku,
Ręką wodzi pomaleńku.
Gdy już U, K, A, J minął,
Zrobiło się całkiem TUKAJ.
Diabeł świsnął, chychnął, zginął!
Terazże z nim ładu szukaj.

(Koniec części drugiej)

–~~~~~~~~~~~~–

DUDARZ

Myśl z pieśni gminnej

Jakiż to dziadek, jak gołąb siwy,

Z siwą aż do pasa brodą?

Dwaj go chłopczyki pod rękę wiodą.

Wiodą mimo naszej niwy.

Starzec na lirze brząka i nuci,
Chłopcy dmą w dudeczki z piórek
Zawołam starca, niech się zawróci
I przyjdzie pod ten pagórek.

“Zawróć się, starcze, tu na igrzysko,
Tu się po siewbie weselim;
Co nam dał Pan Bóg, tym się podzielim,
I do wsi na noc stąd blisko”.

Posłuchał, przyszedł, skłonił się nisko
I usiadł sobie pod miedzą;
Przy nim po bokach chłopczyki siedzą
Patrząc na wiejskie igrzysko.

Tu brzmią piszczałki, biją bębenki,
Płoną stosy suchych drewek;
Piją staruszki, skaczą panienki
Obchodząc święto dosiewek.

Milczą piszczałki, głuchną bębenki.
Porzuca ogień gromadka;
Biega staruszki, biega panienki,
Biega do dudarza dziadka.

“Witaj, dudarzu, witamy radzi.
W wesołej przychodzisz dobie;
Pewnie z daleka Pan Bóg prowadzi,
Pogrzej się i spocznij sobie”.

Wiodą, gdzie ogień, gdzie stół z murawy
Sadzą dudarza pośrodku;
“Może pozwolisz na trochę strawy
Albo na szklaneczkę miodku?

“Widzim i lirę, widzim piszczałki,
Zagraj co nam samotrzeć!,
Napełnim za to tłomok, kobiałki,
I będziem wdzięczni waszeci”.

“No, stójcież cicho” - rzekł do gromadki,
“Cicho” - powtarza, w dłoń klaska,
“Jeżeli chcecie, zagram wam, dziatki,
A cóż wam zagrać?” - “Co łaska” -

Wziął w ręce lirę i szklankę sporą,
Miodem pierś starą zagrzewa,
Mrugnął na chłopców, ci dudki biorą,
Brząknął, nastroił i śpiewa:

“Idę ja Niemnem, jak Niemen długi.
Od wioseczki do wioseczki,
Z borku do borku, z smugów na smugi,
Śpiewając moje piosneczki,

“Wszyscy się zbiegli, wszyscy słuchali,
Ale nikt mię nie rozumie,
Ja łzy ocieram, westchnienia tłumię
I idę dalej a dalej.

“Kto mię zrozumie, ten się użali
I w białe uderzy dłonie;
Uroni łezkę i ja uronię,
Ale już nie pójdę dalej”.

A wtem grać przestał; nim znowu zacznie,
Przelotem spojrzał po błoniu;
Lecz w jedne stronę spoziera bacznie;
Któż tam stoi na ustroniu?

Stała pasterka i plotła wieniec,
To uplecie, to rozplecie;
A obok przy niej stoi młodzieniec
I splecione przyjął kwiecie.

Spokojnosć duszy z jej widać czoła,
Ku ziemi spuszczone oko;
Nie była smutna ani wesoła,
Tylko coś myśli głęboko.

Jak puszkiem chwieje trawka zielona,
Choć wiatr przestanie oddychać,
Tak się na piersiach chwieje zasłona,
Chociaż westchnienia nie słychać.

Wtem z piersi listek zżółkły odepnie,
Listek nieznanego drzewa;
Spojrzy nań, rzuci i z cicha szepnie,
Jakby się na listek gniewa.

Odwraca głowę, odeszła nieco,
Podniosła w niebo źrenice,
Nagle na oczach łezki zaświecą
I róż wystąpił na lice.

A dudarz milczy, brząka powoli,
A wzrok utopił w pasterce,
Utopił w licu, lecz wzrok sokoli
Zdał się przedzierać aż w serce.

Znowu wziął lirę i spory dzbanek,
Miodem pierś starą zagrzewa;
Skinął na chłopców, ci do multanek,
Brząknął, nastroił i śpiewa:

“Komu ślubny splatasz wieniec
Z róż, liliji i tymianka?
Ach! jak szczęśliwy młodzieniec!
Komu ślubny splatasz wieniec?
Pewnie dla twego kochanka?
Wydają łzy i rumieniec,
Komu ślubny splatasz wieniec
Z róż, liliji i tymianka.

“Jednemu oddajesz wieniec
Z róż, liliji i tymianka;
Kocha cię drugi młodzieniec,
Ty jednemu oddasz wieniec;
Zostawże łzy i rumieniec
Dla nieszczęsnego kochanka,
Gdy szczęśliwy bierze wieniec
Z róż, liliji i tymianka”.

Na to szmer powstał, różne pogłoski
Pomiędzy ciżbą przytomną,
Tę piosnkę śpiewał ktoś z naszej wioski,
Lecz kto i kiedy, nie pomną.

Starzec ucisza, podnosi rękę,
“Słuchajcie, dzieci!” - zawoła -
Powiem, od kogo mam tę piosenkę,
Może on był z tego sioła.

“Kiedym wędrując przez kraje cudze
Królewiec zwiedził przechodem,
Wtenczas przypłynął z Litwy na strudze
Pasterz jakiś z tych stron rodem.

“Smutny był bardzo, ale przyczyny
Smutku nie mówił nikomu,
Odbił się potem od swej drużyny
I nie powrócił do domu.

“Często widziałem, czy świecą zorza,
Czyli księżyc w pełnym blasku,
Jak on po błoniach albo u morza
Po nadbrzeżnym błądził piasku.

“Pośród skał nieraz, podobny skale,
Na deszczu, wietrze i chłodzie,
Odludny dumał, wiatrom swe żale,
A łzy powierzając wodzie.

“Szedłem ku niemu, spozierał smutnie,
Ale ode mnie nie stronił,
Jam nic nie mówiąc nastroił lutnię,
Zaśpiewał, w struny zadzwonił.

“Łzy mu się rzucą, lecz skinął czołem,
Że się to granie podoba;
Ścisnął za rękę, ja go ścisnąłem
I zapłakaliśmy oba.

“Poznaliśmy się lepiej nawzajem,
I byliśmy przyjaciele.
On zawsze milczał swoim zwyczajem,
I ja mówiłem niewiele.

“Potem, gdy troską strawiony długą
Już nie mógł rady dać sobie,
Ja towarzyszem, ja byłem sługą,
Jam go pilnował w chorobie.

“Nędzny, w mych oczach gasnął powoli.
Raz mię przywołał do łoża:
“Czuję - rzekł - bliski koniec niedoli.
Niech się spełni wola boża.

“Zgrzeszyłem tylko, że moje lata
Tak się nadaremnie starły;
Ale bez żalu schodzę ze świata,
Dawno już na nim umarły.

“Kiedy mię skał tych dziki zakątek

Ukrył przed gminu obliczem,

Odtąd już dla mnie świat ten był niczem;

Żyłem na świecie pamiątek.

“Ty, coś mi wiernym został do grobu -
Kończył ściskając za ręce -
Nagrodzić tobie nie mam sposobu,
Wszakże to, co mam, poświęcę.

“Znasz piosnkę, którąm po tyle razy
Śpiewał płacząc nad mym losem;
Pomnisz zapewne wszystkie wyrazy
I wiesz, jakim śpiewać głosem.

“Mam jeszcze z bladych włosów zawiązkę

I zeschły cyprysu listek;

Naucz się piosnki, weź tę gałązkę,

To mój na ziemi skarb wszystek.

“Idź może znajdziesz na brzegach Niemna
Tę, której już nie obaczę,
Może jej piosnka będzie przyjemna,
Może nad listkiem zapłacze.

“Nagrodzi starca, do domu przyjmie,
Powiedz…” - Wtem oko ściemniało.
A w ustach Panny Najświętszej imię
Wpół wymówione zostało.

“Silił się jeszcze, i w samym skonie
Na próżno coś wyrzec żądał.
Wskazał ku sercu i ku tej stronie,
Na którą żyjąc poglądal”.

Tu przerwał dudarz i szukał okiem,
Dostając listek z papierka;
Lecz już nie była między natłokiem
Ta, której szukał, pasterka.

Z daleka tylko poznał sukienkę,
Bo w chustce skryła twarz boską.
Jakiś młodzieniec wiódł ją pod rękę,
Już ich nie widać za wioską.

Przybiegła zgraja, gdzie starzec siedział,
“Co to jest?” - wszyscy pytają;
On nic nie wiedział, może i wiedział,
Ale nie mówił przed zgrają.